Aktualizacja: Piątek, 16 grudnia 2022 (14:25) Zmasowany rosyjski ostrzał rakietowy Ukrainy widoczny był z samolotu lecącego nad Mołdawią - poinformowała Rada Najwyższa (parlament) Ukrainy
wybrzeże Bałtyku, widok na wybrzeże,widok na Gdańsk, widok na Słupsk , Łebę , Lębork, panorama na wybrzeże, widok z samolotu widok z samolotu wybrzeże Bałtyk
Na 10. miejscu znalazł się widok w pobliżu lotniska w Tokio. Majestatyczna Fuji-san jest zazwyczaj spowita chmurami, a metropolia tonie w smogu, jednak czasem zdarza się okazja, by podziwiać miasto na tle wulkanu.
Lotnisko położone jest w Himalajach na wysokości 2860 m n.p.m. Oddano je do użytku w 1964 r. Jego droga startowa ma długość 527 m, a pas startowy nachylony jest pod kątem 12 stopni. Pas kończy się 600-metrową przepaścią do rwącej rzeki. Z lotniska korzystają głównie ekipy planujące wspiąć się na Mount Everest.
Hillary relied on his future mother-in-law, Phyllis Rose, to pop the question in his stead. 12. Hillary and Norgay didn't spend much time at the summit. Not feeling especially inclined to bask in
Opis. Widok w kierunku Mount Everest z kamery znajdującej się na górze Kala Patthar. Aktualny obraz z kamery dostępny na zewnętrznej stronie internetowej. Kliknij w miniaturkę, aby go zobaczyć. Kamera przypisana do kategorii Góry. Czas lokalny. 2023-11-28 00:21 +0545.
Topnienie lodowców spowodowane zmianami klimatu sprawiło, że w ostatnich latach ta droga na Everest jest bardziej dostępna. Ten zachód słońca z drona pilotowanego z obozu I, pokazuje północną ścianę Everestu nad North Col. Everest jest jednym z niewielu miejsc na Ziemi, które są wystarczająco wysokie, aby przecinać drogę
In 1999, the oldest known body to ever fall on Mount Everest was found. George Mallory’s body was found 75 years after his 1924 death after an unusually warm spring. Mallory had attempted to be the first person to climb Everest, though he had disappeared before anyone found out if he had achieved his goal. Dave Hahn/Getty Images The corpse of
Trzy osoby zginęły, a cztery zostały ranne w niedzielę, w wyniku uderzenia niewielkiego samolotu w śmigłowiec stojący na lotnisku w miejscowości Lukla w rejonie najwyższej góry świata Mount Everestu, na północy Nepalu - podał przedstawiciel transportu lotniczego.
Mount Everest, Czomolungma, Qomolangma ( tyb. ཇོ་མོ་གླང་མ) lub Sagarmatha ( nepal. सगरमाथा) – najwyższy szczyt Ziemi (8850 m n.p.m.), położony w Himalajach Wysokich (Centralnych), na granicy Nepalu i Chin ( Tybetu). Jest zbudowany z
TsIB. W tym roku minęło dokładnie 10 lat od mojego wejścia na Everest. Przyznam szczerze, że nie zauważyłem nawet kiedy ten czas przeleciał. Toż to cała dekada! Przy okazji tej okrągłej rocznicy często wspominam tę wyprawę. Nie ma co ukrywać, było to dla mnie niesamowite przeżycie. Od kilku lat Everest jest znów obecny w mojej głowie, zamierzam na niego jeszcze wrócić... przynajmniej jeden raz. Każdy kto myśli o zdobyciu Korony Ziemi, prędzej czy później będzie się musiał zmierzyć także z najwyższą górą świata. W mojej głowie pomysł zdobycia całej Korony pojawił się już po zdobyciu Czomolungmy. Do tego czasu realizowałem różne projekty górskie i tak się zdarzyło, że do roku 2006 miałem już okazję zdobyć Elbrus i Mc Kinley (obecnie Denali ). Wyprawa na Mount Everest nie była więc porwaniem się z przysłowiową motyką na słońce. Ale po kolei… Pomysł na wyprawę na Mount Everest Pomysł zdobycia najwyższej góry świata zrodził się w naszych głowach już w 2004 roku. Było to po udanej wyprawie na Cho Oyu 8201 m gdzie byłem między innymi z moimi kolegami z projektu „Korona Ziemi” – Bogusławem Ogrodnikiem i Januszem Adamskim. Mt. Everest jest widoczny jak na dłoni ze szczytu Cho Oyu. To bardzo pobudza wyobraźnię i marzenia. Kto by nie chciał stanąć na Górze Gór? Zaraz po powrocie z Tybetu podjęliśmy więc próby organizacji wyprawy na Mount Everest na wiosnę 2005 roku. Niestety czas od października do marca okazał się mimo wszystko za krótki i nie udało się zgromadzić potrzebnej kwoty. Jak wiadomo Everest nie należy do tanich wypraw, ale czy można wyceniać marzenia na pieniądze? Co zostanie nam na koniec, jak nie przeżycia? Stąd nie tylko nie zaprzestaliśmy myślenia o Evereście, ale przede wszystkim od razu powstał plan organizacji wyprawy na rok 2006. Wszyscy wzięli się do roboty, oczywiście nie zapominając w międzyczasie o poważnym treningu. W moim przypadku już pod koniec maja 2005 pojechałem na Alaskę i w ten oto sposób udało się zdobyć Denali. Był to dobry początek mocnych przygotowań do kolejnego roku. Widok na Makalu w drodze do szczytu (fot. autor) Organizacja i przygotowania – czyli jak zdobyć sponsora Bogaci w doświadczenia z niedoszłej wyprawy wiosną 2005 r. przeanalizowaliśmy nasze błędy i to, co należy zrobić krok po kroku, aby się udało. Oczywiście najbardziej potrzebowaliśmy sponsorów, to był ten element niejako najmniej zależny od nas. Każdy wspinacz wie co i jak robić w temacie przygotowań kondycyjnych, wspinaczkowych, sprzętowych itd. Za to już nie każdy wie jak pozyskać pieniądze na wyprawę. Mało tego, panuje powszechne przekonanie, że wystarczy chcieć jechać i po prostu mieć szczęście, aby spotkać sponsora na swojej drodze. A ci, którym się to nie udaje, mają po prostu pecha. Czy aby na pewno? A może po prostu zapominają o starej dobrej zasadzie, że szczęściu jednak mimo wszystko należy pomagać. Ta pomoc to nic innego jak zaplanowane działania, bo ,,samo” prawie nigdy nic nie przychodzi. Potrzebny magnes i… ogrom pracy Pierwszym z naszych pomysłów było, aby zaprosić do wyprawy jakąś medialną osobę, dzięki której będzie łatwiej zachęcić media oraz sponsorów. Ze względu na prywatną znajomość jednego z członków wyprawy z Martyną Wojciechowską, wybór padł właśnie na tę podróżniczkę. I faktycznie udało się zainteresować ją wyprawą! Pozostało więc podzielić się zadaniami. Jedni rozmawiali i zachęcali patronów medialnych, aby pisali i mówili o naszej wyprawie, pozostali zajęli się logistyką na miejscu w Nepalu. Po podpisaniu umów z TV, radiem, gazetami (tak, UMÓW! Nic na „gębę” ! ), które gwarantowały obecność wyprawy oraz przyszłych sponsorów w mediach, przygotowaliśmy prezentację. Z tak przygotowanymi materiałami ruszyliśmy w teren. Zajęło to miesiące rozmów (z czego całe mnóstwo nieudanych). Ale nikt się nie zrażał. I niech nikt nie myśli, że jeśli w składzie wyprawy jest ktoś znany, to już nic nie trzeba robić. Wielu z nas walczyło o swoje pieniądze osobiście. Sam nie straciłem nadziei nawet na tydzień przed wylotem na wyprawę, kiedy to ostatecznie potwierdził obecność na wyprawie sponsor, który pokrył większość moich kosztów. Tak, o tym, że na 100% jadę na wyprawę dowiedziałem się na 7 dni przed wylotem. Zawsze wierzcie i walczcie do końca, a zobaczycie że przynosi to efekty. Przygotowania wspinaczkowe i kondycyjne – czyli tej części nie możesz pominąć Tak jak wspomniałem, rok przygotowań do Everestu rozpoczęła wyprawa na Denali. Osobiście uważam, że nie ma lepszego sposobu przygotowań do wypraw, jak przebywanie maksymalnie dużo w górach. Inne treningi są oczywiście też potrzebne. Dla mnie jednak, nic nie zastąpi w 100% dni spędzonych w górach, w naturalnych warunkach, gdzie wystawieni jesteśmy na wysokość, zróżnicowaną pogodę, trudności itp. Dlatego nawet po Denali, gdy tylko miałem taką możliwość, wyskakiwałem w Alpy czy nawet polskie góry. I to nie tylko w Tatry, ale nawet w moje pobliskie Beskidy na treningi kondycyjne. Od siłki nie uciekniesz Całą zimę spędziłem solidnie trenując, również kilka razy w tygodniu w fitness klubach. Głównie trening kardio, czyli: bieżnia, steppery, orbitreki, rower oraz wspinanie na sztucznej ścianie. Każdy z treningów trwał minimum po kilka godzin, wszak w górach wysiłek też przekracza zwykle 1-2 godziny i trwa znacznie dłużej. Myślę, że to jest główny problem ćwiczących na fitnesach, ich treningi zwyczajnie trwają za krótko lub zakładany wysiłek na treningu jest za mały i nie odpowiada temu, co czeka ich w górach wysokich. Dlatego właśnie najmocniej wierzę w treningi w formie częstych wyjazdów w góry. Rodzaj wysiłku tam spotykanego jest najbardziej naturalny. Aklimatyzacja niezbędna Jedyne czego nigdy nie da się w żaden sposób wyćwiczyć, to aklimatyzacja i przystosowanie do wysokości. Oczywiście można planując dużą wyprawę wyjechać wcześniej w inne góry wysokie i częściowo się zaaklimatyzować, ale nigdy i tak nie uzyskamy aklimatyzacji odpowiadającej wysokości, która docelowo nas interesuje. Mało tego, można na tej wcześniejszej wyprawie np. zachorować i wtedy pojawia się jeszcze większy problem. Metody są bardzo indywidualne, jednak w większości przypadków ludzie i tak nie mają czasu pojechać na dwie wyprawy pod rząd, szczególnie te bardzo długie. Tak więc różnego rodzaju próby w komorach ciśnień i tym podobne badania nie przynoszą oczekiwanych efektów. Najlepszą aklimatyzacją jest aklimatyzacja naturalna w górach i jest to na wyprawach wysokościowych oprócz dobrej kondycji absolutnie kluczowy element. Nawet najsilniejsi ludzie bez dobrej aklimatyzacji nie są w stanie funkcjonować prawidłowo na wysokości. Mało tego, nawet himalajscy Szerpowie również potrzebują się aklimatyzować i nie są w stanie dobrze funkcjonować na takich wysokościach, tylko dlatego, że urodzili się w Himalajach. Szerzej temat aklimatyzacji porusza Janusz Gołąb w poświęconym temu zagadnieniu wpisie. W drodze do obozu trzeciego, na ścianie Lhotse (fot. autor) Przebieg wyprawy Falvit Everest Expedition 2006 Wyprawa na Mount Everest – czas start! Z Polski wylecieliśmy do Nepalu całą ekipą 28 marca (główny trzon wyprawy oprócz Martyny stanowili stali bywalcy moich poprzednich wypraw: Boguś Ogrodnik i Janusz Adamski, a także Darek Załuski i Jura Jermaszek – nasz znajomy Rosjanin, którego poznaliśmy w 2003 roku pod Chan Tengri ). Już następnego dnia znaleźliśmy się w tym wspaniałym, egzotycznym, ciągle uśmiechniętym świecie. Uwielbiam Kathmandu, stolicę Nepalu, z jego zgiełkiem na Thamelu, kolorowymi sklepami, straganami, zapachami. Po trzech dniach załatwiania wszelkich formalności w Ministerstwie Turystyki Nepalu oraz uzupełniania sprzętu i jedzenia wylecieliśmy z Kathmandu do Lukli. To tutaj zaczyna się trekking pod Everest. Cel nr. 1 – Island Peak Pierwszym celem do realizacji był dla nas Island Peak (6189 m Góra ta stoi w tym samym rejonie co Everest i oprócz tego, że jest warta zdobycia sama w sobie, to jest również świetnym celem aklimatyzacyjnym. Naszym pomysłem było, aby dotrzeć pod Mount Everest już będąc zaaklimatyzowanym do wysokości obozu 1-go. Chcieliśmy uniknąć niepotrzebnego przechodzenia wahadłowego przez sławetny Icefall czyli uskok lodowca Khumbu w drodze z bazy do obozu pierwszego. Plan był taki, aby po wejściu do ,,jedynki” od razu przy pierwszym wyjściu założyć także obóz drugi. Właśnie po to potrzebna nam była wcześniejsza aklimatyzacja. Do bazy pod Island Peak dotarliśmy po tygodniu trekkingu. Już kolejnego dnia wyszliśmy założyć na nim obóz pierwszy. Standardowo nie ma nawet takiej potrzeby, ale nam nie chodziło o szybkie zdobycie tego szczytu, ale o zdobycie maksymalnie dobrej aklimatyzacji przed Everestem. Dlatego wynieśliśmy namioty kilkaset metrów nad bazę i po spędzonej tam nocy poszliśmy na szczyt. Wszystko udało się zgodnie z planem i jeszcze tego samego dnia zeszliśmy do bazy. Do bazy Po kilku kolejnych dniach w końcu dotarliśmy również do naszej bazy głównej, czyli pod Mount Everest. Pamiętam, że był to dokładnie dzień przed Świętami Wielkiej Nocy. Kolejnego dnia każdy z nas robił nawet w bazie pisanki (gdybyście widzieli zdziwienie na twarzach naszej nepalskiej obsługi kuchennej, kiedy kazaliśmy im gotować jajka w obierkach po cebuli). Były też życzenia przy wielkanocnym stole, były ,,bitwy” na najładniejsze jajka, był wspaniały piernik przywieziony z Polski. Byliśmy jednym słowem świetnie przygotowani. Dokładnie w czasie Świąt odbyła się też u nas w bazie „Puja”, czyli rodzaj błogosławieństwa przez buddyjskiego Lamę przed wyjściem w góry. Tym samym akcja górska mogła się rozpocząć, byliśmy gotowi do pierwszego wyjścia do góry. Pierwsza próba Pamiętacie jak pisałem, że od razu z obozu pierwszego chcieliśmy wejść do obozu drugiego? Otóż plany planami, ale jak to bywa w górach, pogoda mocno je zweryfikowała. Doszliśmy do ,,jedynki” ale w nocy pojawił się duży opad śniegu i na drodze do “dwójki” zrobiły się zaspy oraz zagrożenie lawinowe. Postanowiliśmy czekać. Opady nie ustały. Tak minęła kolejna noc i stało się jasne, że będziemy musieli się wycofać do bazy, nie dochodząc do ,,dwójki”. Kończyły się również zapasy żywności, które wnieśliśmy ze sobą. Po trzech dniach pogoda się poprawiła i nastąpił odwrót do bazy. Było dość ,,przygodowo”, bo śnieg zasypał wszystkie szczeliny, które były na trasie, więc podczas odwrotu co jakiś czas osoba, która torowała drogę w kopnym śniegu wpadała do szczeliny – na szczęście wszystko to były niegroźne upadki. Jedno z wyjść z bazy do góry, łatwo nie było, plecak ważył (fot. Wojtek Trzcionka) Druga próba Śmiało do trójki Powrót do bazy, kilkudniowy odpoczynek, bazowy prysznic i jedzenie dały siły do kolejnego wyjścia w górę. Tym razem wszystko odbyło się zgodnie z planem. Ja z Jurą dotarliśmy od razu do obozu drugiego, na 6400 m Tam spędziliśmy dwie noce, aklimatyzacja, odpoczynek, no i przyszedł czas na obóz trzeci, który stanął na ok. 7100 m W ,,trójce”, w dobrym samopoczuciu, spędziliśmy kolejne dwie noce, no i znów droga do bazy. Czekanie… Wyprawa na każdą wysoką górę to oprócz standardowych działań wspinaczkowych, także szkoła cierpliwości. Był już początek maja i po powrocie z obozu trzeciego byliśmy gotowi do akcji szczytowej. Jednak, aby to mogło nastąpić trzeba mieć pewność kilku dni pogody w najwyższych partiach góry. Trzeba również dobrze wypocząć po kilku tygodniach w obozach na dużej wysokości. Tak więc mijały dni, byliśmy już wypoczęci, ale prognoza pogody nie rokowała na dobrą pogodę na szczycie. Ciągle wiały bardzo silne wiatry. W końcu pojawiła się szansa. Wiele zespołów opuściło bazę. Prognoza pogody wskazywała 17 i 18 maja jako dni najlepszej pogody. Na Przełęczy Południowej, obóz czwarty (fot. materiały autora) Po kolei, dzień po dniu, obozy pierwszy, drugi, trzeci i przyszedł czas na decyzję, aby iść na przełęcz południową do ostatniego obozu przed szczytem, obozu czwartego. Z ,,trójki” wyruszyliśmy 17-go maja. Na przełęcz na wysokości ok. 7950 m dotarłem o godz 15-tej. Rozkładanie namiotów i odpoczynek przed atakiem zaplanowanym na noc. Noc przed atakiem Odpoczynek to dużo powiedziane… Całe godziny spędzone na topieniu śniegu, przygotowywaniu jedzenia i oczekiwaniu. Oczekiwanie, ponieważ wkoło nas wiał silny wiatr, który zupełnie nie pokrywał się z prognozą pogody sprzed kilku dni, kiedy opuszczaliśmy bazę. Prognoza pogody w Himalajach to prawdziwa ruletka i zawsze trzeba niestety ryzykować. Nie ma żadnej pewności, że kiedy będziemy już kilka dni w górze pogoda się nie zmieni i atak na szczyt nie będzie możliwy. Tak było i w naszym przypadku i o mały włos atak mógł się załamać. Jednak nagle, po godzinie wiatr ucichł na tyle, że mogliśmy zacząć się zbierać. Atak szczytowy Wyszedłem z namiotu na przełęczy południowej przed północą. O świcie dotarłem do tzw. balkonu na 8400 m Jeszcze w nocy straszyła nas z daleka burza z błyskawicami. Wszyscy się tego bardzo bali, wchodziliśmy na Mount Everest w 10-lecie ogromnej tragedii z 1996 roku, kiedy mnóstwo ludzi przypłaciło to życiem, gdy przyszła nad górę nagła burza. Jednak uznaliśmy, że burza jest bardzo daleko, nie było słychać nawet grzmotów, tylko z bardzo daleka, co jakiś czas, błyskawice. Krok po kroku, przemieszczaliśmy się granią w kierunku wierzchołka południowego. Stamtąd już stosunkowo blisko, jeszcze tylko obniżenie grani, słynny uskok Hilarego i już prosta droga na szczyt. Sukces! Na najwyższym szczycie Ziemi zameldowałem się o godz 8:50, 18 maja. Ogromne szczęście. Chyba z tej całej euforii spędziłem na szczycie ok. dwóch godzin. Wspaniałe widoki, zdjęcia, gratulacje dla tych, którzy po kolei zdobywali wierzchołek. Około 11 zacząłem schodzić, aby o 14 dotrzeć na przełęcz południową, znów do bezpiecznego namiotu. Noc, odpoczynek, kolejnego dnia zejście prosto do ,,dwójki” i po kolejnej nocy prosto do bazy. Dopiero tutaj był czas na ostateczną celebrację. Wszyscy w komplecie byliśmy na szczycie, wszyscy w komplecie również w bazie. Tak powinny się kończyć wszystkie wyprawy. Niestety nie wszystkie się tak kończą. Dlatego pamiętajcie – nigdy nie ryzykujcie nadmiernie, góra zawsze tam będzie i poczeka, dzielenie się z bliskimi tymi chwilami i wspomnienia, które pozostają, są bezcenne. Żadna góra nie jest warta waszego życia. Nawet Mount Everest! Autor na szczycie Mount Everest (fot. materiały autora) Mount Everest dla każdego? Panuje obiegowa opinia, że na Mount Everest wejdzie prawie każdy i jedyne co jest potrzebne to kasa. Możecie się z tym nie zgadzać, ale wierzcie mi, że tak nie jest. Nie spotkałem w życiu ani jednej osoby, która by była kiedykolwiek na 8 tysiącach i tak nonszalancko wypowiadała się o wysokich górach. Tego typu opinie zazwyczaj usłyszycie z ust ludzi, którzy być może nie byli nawet na 7 tysiącach, o ile byli na 6 tysiącach. Tymczasem każdy kilometr w górę, a na 8 tysiącach nawet każde 100 metrów, to czasem trudna do pokonania granica. Przy każdym kroku w górę musicie być także pewni, że będziecie w stanie samodzielnie również zejść do bazy. Nie jest sztuką narażanie siebie, a przy okazji, także innych uczestników wyprawy i bezmyślne podążanie w kierunku szczytu. Z moich doświadczeń, a także bardzo wielu relacji, które słyszałem, często prawdziwą sztuką jest wycofać się w odpowiednim momencie. Rozsądek w górach jest w cenie. Podsumowanie i kilka porad Dla tych, którzy zdobywają lub planują zdobyć Koronę Ziemi, polecam aby najwyższa góra nie była jedną z pierwszych i to nawet gdy posiadacie spore doświadczenie. Ideałem byłoby wejście najpierw na inny, niższy 8-tysięcznik. Zupełnie nie wyobrażam sobie, aby na Everest jechała osoba, która nie ma doświadczeń na górach 7-tysięcznych. Dobrze, aby w waszym górskim CV były już inne góry z Korony Ziemi np. Elbrus, Mont Blanc, Aconcagua, ewentualnie Denali. Te wszystkie wcześniejsze doświadczenia i wiedza wysokogórska dają nam dystans i właściwą ocenę sytuacji. Nie polecam także zdobywania Everestu jako ostatniej góry w Koronie Ziemi. Narażamy się wtedy na stresy typu „muszę wejść na tę górę za wszelką cenę, bo jest ostatnia na liście”. Tymczasem Mount Everest to oprócz ogromnego wysiłku, również pogodowa ruletka i kwestie, które nie zawsze zależą od nas. Nie warto iść na Czomolungmę z nastawieniem, że muszę tam wejść za wszelką cenę. Dużo lepiej to robić ze spokojniejszym umysłem. Warto więc rozpatrzyć, aby pojechać na taką wyprawę już po górach, o których wspomniałem wcześniej, a przed np. Piramidą Carstansza lub Mt. Vinson na Antarktydzie. Te ostatnie góry dają zdecydowanie większą szansę wejścia, a doświadczenia z ich zdobywania dadzą wam olbrzymią frajdę podczas finiszu projektu.
Everest View Trek (lub też Namche Bazar trek) to takie podstawowe wprowadzenie do obszaru Khumbu. Jest szczególnie odpowiedni dla tych, którzy boją się dużych wysokości lub po prostu nie mają siły na ukończenie pełnego trekkingu do bazy pod Everestem lub trekkingu na trzech siodłach. Nawet podczas tego marszu zobaczysz najwyższą górę świata, Mount Everest, Lhotse czy Ama Dablam. Dzień 1 - 2 Trekking do Namche Bazar Początek poświęcony jest przeniesieniu się do ** Lukli ** (2850 m npm), punktu startowego trekkingu. Lot małego samolotu nad zielonymi grzbietami gór jest tego wart, ale punktem kulminacyjnym jest lądowanie na bardzo krótkim pasie startowym. Poza kilkoma starymi domami nie widać go w samym Lukle. Jeśli więc przyjedziesz wcześniej, wybierz się na marsz w kierunku ** Namche Bazar **. Następnego dnia czeka na Ciebie reszta marszu do Namche Bazar. Prawie przez cały dzień zejdziesz poniżej trzech tysięcy metrów ale ostateczne podejście na pewno zajmie Ci choć trochę (z Lukli bez problemu można się tam dostać w jeden dzień, co jest idealne dla tych, którzy z czasem są skorpionami). Ta część trekkingu jest najbardziej zatłoczona, ponieważ każdy musi tam jechać iz powrotem. ** Namche Bazar ** (3440 m jest już stosunkowo wysokie, więc niektórzy już tu wyczuwają wysokość. Odtąd musisz pomyśleć o aklimatyzacji, aby nie dostać choroby górskiej. Część planu podróży Artykuł: Lot Katmandu - Lukla Wycieczka pod Everest jest pożądanym celem wielu odwiedzających Nepal. Jednym ze sposobów stosunkowo łatwego dotarcia tam jest… Kontynuuj czytanie Część planu podróży Artykuł: Wycieczka Lukla - Namche Bazar Marsz z Lukli do Namche Bazar to rozgrzewkowy etap trekkingu na Everest prowadzący prawie na całej długości poniżej trzech… Kontynuuj czytanie Część planu podróży Artykuł: Wycieczka po Namche Bazaar Namche Bazar (3440 m npm) to największe miasto w całej dolinie Khumbu, malowniczo położone w okrągłym amfiteatrze górskim. Jeśli… Kontynuuj czytanie 3 - 4 dzień Wioski Szerpów i podróż przez dolinę Bhote Khosi Następnego dnia jednodniowy spacer po wioskach Szerpów ** Khumjung ** i ** Khunde **, położonych nad bazarem Namche. Ponadto po drodze z ** Everest View ** po raz pierwszy zobaczysz Everest, Lhotse i mityczną Ama Dablam. Na koniec następuje etap, na którym oddzielasz się od tłumów zmierzających na Everest najkrótszą możliwą trasą i wyruszasz w kierunku ** Thame ** w dolinie Bhote Koshi. Oprócz trasy naszego trekkingu prowadzą tu jeszcze dwa trudniejsze – przez niebezpieczne siodło ** Tesi Lapcha ** (5755 m do ** doliny Rolwaling ** i dalej na przełęcz ** Nangpa la (5806 m **, gdzie niegdyś istniał szlak handlowy soli do Tybetu. Tam też prowadzi wędrówka przez trzy siodła, jako bardzo fajna alternatywa dla klasycznego marszu na BC Everest. W okolicach Thame można również wybrać się na wycieczkę do ładnego klasztoru lub wybrać się na spacer i wspiąć się na szczyt ** Sunder Peak ** do pięciu tysięcy metrów nad poziom morza. Część planu podróży Artykuł: Wycieczka do Khumjung i Khunde Popularna wycieczka aklimatyzacyjna prowadzi na Everest i dalej do wiosek Szerpów Khumjung (3780 m npm) i Khunde (3860 m npm).… Kontynuuj czytanie Część planu podróży Artykuł: Wycieczka Namche Bazar - Thame Wycieczka do Thame (3800 m z Namche Bazar może być tylko jednodniową wycieczką aklimatyzacyjną, na kolejny początek… Kontynuuj czytanie Część planu podróży Artykuł: Spaceruj po Thame Jeśli wyruszysz wcześnie rano z Namche Bazar do Thame, nadal będziesz miał dużo czasu na popołudniową wycieczkę po okolicy.… Kontynuuj czytanie Dzień 5 - 7 Wróć do Kathmandu Z Thame możesz przejść tą samą drogą przez ** Namche Bazar ** lub jeśli masz więcej siły i alternatywny marsz przez ** Kongde ** (4250 m npm), skąd czeka na Ciebie kolejny ładny widok na Everest. Jeśli się pośpieszysz, za dwa dni wrócisz do Katmandu, za trzy w wygodniejszym tempie.
Najwyższe góry świata, miejsca o których czytaliśmy tylko w książkach, przygoda, wspólna pasja wędrowania, plecak na plecach, aparat w dłoni i ruszamy na trekking do Everest Base Camp. Tak pomyśleliśmy w styczniu, a w październiku założyliśmy plecaki i pojechaliśmy spełnić nasze wielkie marzenie – “Przybić piątkę z Everestem”. Himalaje to na pewno jeden z ważniejszych punktów na liście tych, którzy lubią łazić po górach. Zobaczyć na żywo najwyższą Górę świata to niesamowite przeżycie. Planując 2017 rok stwierdziliśmy, że nadszedł czas, żebyśmy i my ją zobaczyli. Szykował się wspaniały prezent na piątą rocznicę ślubu: trekking do Everest Base Camp! W zasadzie już od stycznia żyliśmy tą wyprawą i nakręcaliśmy się nawzajem. Po kolei pochłanialiśmy książki i oglądaliśmy filmy o himalaizmie i w tematyce około górskiej. Postanowiliśmy też trochę odnowić nasz wysłużony sprzęt turystyczny. Staraliśmy się wzmocnić kondycyjnie. Michał zaczął biegać już wcześniej, a dla mnie mocnym motywatorem stała się właśnie nadchodząca wyprawa i tak, krok po kroku, wciągnęłam się w treningi biegowe, a potem zawody. Oprócz tego, jak zwykle wędrowaliśmy po Beskidach i Tatrach, a w ramach jednego z długich weekendów wybraliśmy się na Triglav, czyli najwyższy szczyt Słowenii. Staraliśmy się być też w miarę regularnymi crossfiterami i dzięki przygotowaniom udało się zbudować całkiem niezłą formę. Tak zleciała nam większość roku i doczekaliśmy do upragnionego października, kiedy wreszcie zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę! Wyprawa dzień po dniu Wyprawa trwała 23 dni, w tym 16 dni trekkingu i 1 dzień nieplanowanego oczekiwania w Lukli na samolot powrotny do Katmandu. dzień 1 ( Kraków-Warszawa-Doha Rano meldujemy się na Dworcu Głównym w Krakowie, wsiadamy w pociąg i mkniemy do Warszawy. Mamy zapas czasu i nigdzie nie musimy się spieszyć. Kawka, obiad, ostatnie zakupy, potem odprawy na lotnisku i o 18:00 odlatujemy! Lot jak to lot, mija nam głównie na jedzeniu, piciu i oglądaniu filmów. W środku nocy wysiadamy na lotnisku w Doha, stolicy Kataru i mamy czas wolny aż do rana. dzień 2( Doha-Katmandu Po nocnej przerwie na lotnisku w Doha, rano wsiadamy do samolotu do Katmandu. Lądujemy ok. 16:00, załatwiamy wizę, zabieramy taksówkę pre paid z lotniska i po dosyć długiej jeździe zatłoczonymi ulicami Katmandu w porze szczytu komunikacyjnego, dojeżdżamy do zarezerwowanego hotelu na Thamelu. Wieczór spędzamy na kolacji w Blueberry Kitchen, które mocno polecane jest na Trip Advisorze. Celebrujemy pierwszy dzień w Nepalu i moje imieniny na przyjemnym tarasie, zajadając pierożki Momo i popijając piwo Everest. To się nazywa dobry początek urlopu! dzień 3( Katmandu Nie śpimy za długo, gdyż dzisiejszy dzień zarezerwowany jest na załatwienie dokumentów potrzebnych na trekking. Wolimy zatem być w biurze jak tylko się otworzy i jak najszybciej mieć wszelkie formalności z głowy. Po spacerze ulicami Katmandu z nawigacją na telefonie, dosyć sprawnie docieramy do Nepal Tourist Board. Na miejscu nie ma zbyt dużo ludzi, więc wszelkie pozwolenia załatwiamy od ręki. Wracając postanawiamy zajrzeć na Durbar Square, czyli główny plac miasta. Gdy próbujemy zorientować się, gdzie należy iść, zagaduje nas mężczyzna, który okazuje się być samozwańczym przewodnikiem. Kiepsko u nas z asertywnością, więc zgadzamy się na krótkie oprowadzenie. Pan przewodnik rzeczywiście stara się opowiedzieć jak najwięcej i prowadzi nas po różnych zakamarkach wokół Durbar Square. Reszta dnia pozostaje na ostatnie zakupy, spacer uliczkami Katmandu, przepakowanie i pierwszy Dal Bhat w znanej nam już restauracji Blueberry Kitchen. Katmandu po jednym dniu przedstawia się jako dosyć szalone miasto. Wąskie uliczki mieszczą pieszych oraz wszelkie inne formy transportu, a do tego drobny handel i tumany kurzu. Już chcemy w góry! dzień 4 ( lot Katmandu-Lukla, (Katmandu 1400mnpm – Lukla 2860mnpm). Bilety na samolot do Lukli mamy zakupione przez internet, ale przed odlotem należy się pojawić w biurze linii lotniczych i dopełnić formalności. Mimo, że lot mamy wykupiony na 8:30 na wszelki wypadek postanowiliśmy dotrzeć na lotnisko tuż po otwarciu. Wieczorem poprosiliśmy w hotelu, żeby zamówili nam taksówkę na 5:30. Dostaliśmy śniadanie na wynos i już przed 6 byliśmy na lotnisku. Panowie z linii lotniczych Yeti(Tara) poinformowali nas, że jak tylko będą jakieś wolne miejsca to polecimy wcześniej. Czekaliśmy cierpliwie i rzeczywiście o 7:40 wsiedliśmy do samolotu. W środku 16 miejsc, po jednym rzędzie po dwóch stronach przejścia, trochę jak w busie. Zasiedliśmy na pierwszych siedzeniach i na wyciągnięcie ręki mieliśmy kabinę pilotów. Stres, przeplatał się z ekscytacją. Przydały się korki w uszach, gdyż w trakcie lotu było dosyć głośno. Przez okno, mniej więcej w połowie drogi, na horyzoncie zaczęły majaczyć całkiem wysokie, ośnieżone szczyty. Piloci wyglądali na zrelaksowanych i pewnych siebie, więc i nam z minuty na minutę udzielało się pozytywne nastawienie, a stres zanikał. Ok 9 wylądowaliśmy na ponoć jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk na świecie! Lukla – 2860 mnpm. – welcome to! Lukla (2860mnpm)-Phading (2610mnpm) trasa 2:41h, 9,80km (wyniki są orientacyjne i pochodzą z naszych zegarków na najniższej dokładności GPS) No i to tutaj rozpoczyna się trekking właściwy, czyli główny cel naszej podróży. Jest poranek, piękna pogoda, ciepło, zarzucamy plecaki na plecy i w drogę! Dzisiejsza trasa to ok 8 km, których przejście wraz z postojami zajęło ok 3 godzin. Po drodze zielono i sielsko. Po prostu wędrujemy sobie. W Phading pytamy o nocleg w pierwszej loggy, która nam się spodobała, ale nie mają miejsc. Idziemy więc do kolejnej, jednej z naszej listy, którą jeszcze w Katmandu stworzyliśmy sobie sprawdzając opinie ludzi na forach. Dostajemy swój pokój. Skromny, ale czysty i schludny. Zostawiamy rzeczy i idziemy się przejść, bo jeszcze wcześnie. Zaliczamy pierwszy most wiszący i bezstresowe popołudnie, gdzie nic nie musimy, nigdzie się nie spieszymy, po prostu jesteśmy tu i teraz! Wieczorem w pokoju wspólnym, gdzie siadamy na kolację spotykamy Gosię i Agę, które są już w drodze powrotnej z EBC. Spędzamy wspólnie świetny wieczór dopytując dziewczyny o szczegóły ich trekkingu i dobre rady (dziękujemy i pozdrawiamy :D). Dziewczyny uczą nas nepalskiej gry w karty DOM BAL, która okazuje się niezastąpiona praktycznie każdego kolejnego wieczoru (Aga, Gosia-jeszcze raz dzięki!!!) dzień 5( Phakding (2610mnpm)-Namche Bazar (3440mnpm) trasa: 6h, 17km Postanowiliśmy jak najwcześniej zaczynać każdy dzień, żeby wędrować z fajnymi widokami, gdyż zwykle popołudniu pojawiają się chmury. Średnio staraliśmy się jeść śniadanie ok 6:30 i o 7:00 wyruszać. Dzisiaj mamy dotrzeć do Namche Bazar – chyba najbardziej “zachodniej” miejscowości na szlaku. Wędrujemy dosyć żwawo, ale na szlaku po pierwsze są duże grupy turystów, a po drugie duże grupy bydła niosącego wszelkiego typu ładunki. Nie pozwala to na marsz własnym tempem – trzeba dostosować się do panujących warunków. Po drodze niespodziewanie spotkaliśmy Magdę – moją koleżankę ze studiów, ze swoją ekipą. Niesamowite, że ostatnio widziałyśmy się chyba na zakończeniu studiów (jakieś pewnie 7 lat temu), a tu na szlaku w Himalajach taka niespodzianka! Magda z ekipą już kończyli swoją trasę, a że okazało się, że my planujemy iść tak jak oni to podpytaliśmy o jakieś dobre rady (dzięki wielkie!!! 🙂 Większość grup zatrzymywała się w Modjo na lunch, my stwierdziliśmy, że idzie nam się nieźle, więc nie ma co robić postoju. Od Modjo trasa biegła zdecydowanie stromiej, a ścieżka była momentami wąska. W pewnym momencie idąc dosyć blisko krawędzi drogi wymijając kolejnych turystów noga osunęłą mi się w dół. Na szczęście z przeciwka szła Nepalska kobieta i w porę złapała mnie za rękę i wciągnęła z powrotem na ścieżkę. Całe szczęście, że kobieta była naprawdę silna, bo mogłabym się stoczyć sporo w dół. Ale adrenalina i u mnie i u Michała zdecydowanie podskoczyła! Tego dnia trafiło nam się jeszcze jedno miłe spotkanie – na szlaku zagadała nas para z Polski – jak się potem okazało Ola i Piotrek. Pytali o pozwolenia jakie mamy wykupione. Okazało się, że zamierzają iść mniej więcej taką trasą co my. Trochę pogadaliśmy i każdy ruszył swoim tempem. Ponownie spotkaliśmy się jakiś czas później w miejscu, gdzie po raz pierwszy można zobaczyć Mount Everest. Niestety tego dnia niebo było zbyt zachmurzone i nic nie zobaczyliśmy. Za to Ola z Piotrkiem poczęstowali nas herbatką, gdyż właśnie zatrzymali się na swój lunch. Było to nasze pierwsze spotkanie, ale zdecydowanie nie ostatnie 🙂 Na trasie brakowało nam trochę energii i stwierdziliśmy, że jeden baton w ciągu dnia to nie jest wystarczający lunch i musimy zwiększyć ilość posiłków. Namche Bazar okazało się miasteczkiem pełnym sklepów, kramów, barów, kawiarni i usług. W zasadzie można tam załatwić wszystko o czym zapomniało się np. w Katmandu. Oczywiście ceny są adekwatne do wysokości na której się znajdujemy. Zadowoliliśmy się pyszną kawką i drożdżówką w kawiarni Sherpa Barista, gdzie można skorzystać przy okazji z bezpłatnego (ostatniego na trasie) wifi i powiadomić kogo trzeba, że trekking przebiega zgodnie z planem. W loggi, którą wybraliśmy na nocleg spotkała nas miła niespodzianka. Córka właściciela obchodziła urodziny i w pokoju wspólnym odbywało się kinder party. Zostaliśmy poczęstowani tortem, frytkami, cukierkami i sokiem z mango. Jak przystało na kinder party przed 21 byliśmy już w łóżkach. dzień 6( Aklimatyzacja : Namche Bazar (3440mnpm) -Hotel Everest View (3800mnpm)-Namche Bazar (3440mnpm) trasa 3:10h, ?? km (rozładował się zegarek Miśka) Dzień aklimatyzacji wskazany jest po przejściu ok 1000 m przewyższenia. Tak jak większość turystów postanowiliśmy zostać dwie noce w Namche Bazar, a jako cel dziennej wędrówki wybrać Hotel Everest View na 3800 mnpm. Zjedliśmy śniadanie, zabraliśmy lekkie plecaki i ruszyliśmy po raz pierwszy zobaczyć Mount Everest. Podejście strome, a do tego szybka zadyszka, więc nie było tak łatwo jakby się mogło wydawać. Tylko chwilę widzieliśmy Namche Bazar z góry. Potem zachmurzyło się tak bardzo, że wokoło dosłownie samo mleko i zero widoków. No i tak w tym mleku sobie wędrowaliśmy. Dotarliśmy pod hotel, a potem na punkt widokowy i jedyne co zobaczyliśmy to Malarza, który tworzył widok, którego nie widać 🙂 Na szczęście co jakiś czas przewiewało chmury i udało nam się dostrzec trochę cudnych widoków. Zasiedliśmy nawet z mapą i kompasem i rozpracowaliśmy sobie panoramę dookoła. Pomiędzy chmurami udało się, że i Everest uchylił przed nami rąbka tajemnicy. 3800mnpm zdobyte i można było wracać niżej. W Namche Bazar odwiedziliśmy jeszcze Muzeum Parku Narodowego Sagmarmantha, poszwędaliśmy się trochę pomiędzy kramami i sklepikami, zjedliśmy lunch i zrobiliśmy sobie krótki spacer po okolicy. W ramach małego wakacyjnego szaleństwa zakupiliśmy w naszej loggy ciepły prysznic (900R za naszą dwójkę, także niemało). Na kolację zjedliśmy pierwszy na trekkingu Dal Bhat, czyli tutejszą tradycyjną potrawę składającą się z ryżu, potrawki warzywnej, zupy z soczewicy i chlebka (papad). dzień 7( Namche Bazar (3440mnpm)-Tengboche (3860mnpm) trasa: 4:21h, 11,14km Czas zapakować plecaki i ruszyć w dalszą drogę. Namche Bazar to ostatnia tak rozwinięta wioska na trasie. Wyżej nie było już zasięgu telefonu czy internetu- totalny detoks technologiczny. Już przy wyjściu z Namche Bazar spotykamy Olę i Piotrka i w zasadzie można powiedzieć, że od tej pory nie jesteśmy na trekkingu w dwójkę tylko wędrujemy sobie w czwórkę 🙂 Już kawałek powyżej Namche Bazar zaczynają się genialne widoki. Co krok to lepszy kadr. Cieżko oderwać wzrok i aparat. Szczególnie zachwyca Ama Dablam, który według przewodnikowych opisów będzie towarzyszył nam przez najbliższe kilka dni. Trasa mija nam całkiem fajnie. Aż do wioski Phute Thenga w większości szlak prowadzi kamienistą drogą w dół. Potem przechodzimy przez wiszący most i zaczyna się dosyć strome i męczące podejście. Około południa dochodzimy do dzisiejszego celu, czyli Tengboche. Wioska jest niewielka i ma wyjątkowy klimat, a najważniejszym jej punktem jest klasztor buddyjski. To tutaj po błogosławieństwo przed wyprawami przychodzą himalaiści. Nam udało się wziąć udział w ceremonii. Przed wejściem należy zdjąć buty, no i panuje zakaz fotografowania i filmowania wewnątrz. Nie bardzo rozumieliśmy co się wokół nas dzieje, ale nie da się ukryć, że klimat był niesamowity. Tego dnia mieliśmy świetną wakacyjną pogodę, także popołudnie minęło leniwie i sielsko. Widok na Mount Everest, Ama Dablam i Lhotse był tak genialny, że można było siedzieć i wpatrywać się godzinami. Ten wieczór, jak i kolejne wyglądały dosyć podobnie. Siadaliśmy w czwórkę w pokoju wspólnym. Na środku stał piecyk (koza), który ogrzewał pomieszczenie. Ponieważ było to jedyne ciepłe pomieszczenie w loggy wszyscy siedzieli razem. Ok 18 dostawaliśmy zamówioną wcześniej kolację. Potem była chwila na notatki z całego dnia, rozmowy, rozkminy nad trasą etc. Potem zamawialiśmy termos (pot) herbaty i zaczynała się partyjka w Dom Bala czy Remika, potem kolejna i kolejna, no i jeszcze ostatnia, no i do spania! dzień 8( Tengboche (3860mnpm) -Dingboche (4410mnpm) trasa: 4:38h, 10,04km Dzisiaj zafundowałam nam pobudkę o 5 rano. Zabraliśmy aparat i statyw i wyszliśmy, żeby zrobić zdjęcia wschodu słońca. W wiosce panowała absolutna cisza, i jak się okazało jeszcze ciemna noc. Nie wiedzieliśmy o której będzie wschód, więc uzbrojeni w sprzęty czekaliśmy. Dopiero ok 6 zaczęło się rozjaśniać i pojawiły się pierwsze promienie. Zrobiliśmy kilka ujęć, ale słońce wstawało bardzo powoli, a my musieliśmy jeszcze spakować manatki i zdążyć na 7:00 na zamówione śniadanie. Także jakieś spektakularne zdjęcia nie powstały, ale widok tak czy siak robił wrażenie. Na śniadanie postanowiliśmy zjeść coś bardziej energetycznego niż tosty, czy owsianka, a jak się okazało w porównywalnej cenie. Wybór padł na ziemniaki z jajkiem. Wyruszyliśmy jak zwykle dosyć wcześnie. Po drodze weszliśmy do malutkiego klasztoru buddyjskich mniszek, który zobaczyliśmy zupełnym przypadkiem. Wędrowało się dosyć przyjemnie, aż do wysokości ok 4000 mnpm. Mniej więcej wtedy Michał zaczął odczuwać dolegliwości związane z wysokością. Przede wszystkim bolała go głowa i pojawiły się lekkie nudności. U mnie głównym problemem była zadyszka, która łapała mnie wraz z pokonywaniem wysokości. Wędrowaliśmy zatem krok za krokiem i staraliśmy się pić jak najwięcej wody. Ok południa dotarliśmy do Dingboche, gdzie Ola z Piotrkiem już czekali na nas z noclegiem w bardzo przyjaznej loggy. Popołudnie minęło na spacerze po okolicy i odpoczynku, a wieczór jak zwykle przy partyjkach Dom Bala i kolacji z dużym termosem herbaty. Dało się odczuć spadek temperatury wraz z uzyskiwaną wysokością na której się znajdowaliśmy, więc tej nocy zapakowaliśmy już akumulatory i baterie do śpiworów, żeby się nie rozładowały. dzień 9( Aklimatyzacja : Dingoboche (4410mnpm) -Nangkartshang (5083mnpm)-Dingboche (4410mnpm) trasa: 6:33h, 6,27km Przez ostatnie dwa dni pokonaliśmy kolejny 1000m wysokości, przyszedł więc czas na dzień aklimatyzacji. Wstaliśmy niespiesznie i zjedliśmy śniadanie zamówione na 6:30. Ola z Piotrkiem wyruszyli w stronę Chukung z pomysłem na przejście Kong Ma La Pass. My nie czuliśmy się jeszcze odpowiednio zaaklimatyzowani, więc wybraliśmy opcję wyjścia na pobliski 5cio tysięcznik- Nangkartshang. Z Olą i Piotrkiem mieliśmy spotkać się na następny dzień w Lobuche. Trasa na szczyt zajęła nam jakieś 4,5h. Pogoda była świetna,a widoki bajkowe. Gdzie się nie obejrzeliśmy tam ukazywał się naszym oczom jeszcze lepszy kadr do zdjęcia. Jak na złość mniej więcej w połowie drogi na szczyt rozładował mi się akumulator w aparacie. Sięgnęłam do plecaka, żeby założyć nowy, a tu niespodzianka… Ponieważ szliśmy na lekko, cała saszetka z fotograficznym ekwipunkiem zapasowym została w loggy… Pierwszy w życiu 5cio tysięcznik, wręcz idealny widok na Ama Dablam, prawie bezchmurne niebo, a nam pozostało pstrykanie zdjęć komórkami… Mimo tych pięknych widoków, trzeba przyznać, że trasa była ciężka. Michała przy każdym kroku bolała głowa. Mnie o dziwo rozbolała najbardziej przy schodzeniu. Na szczycie zapomnieliśmy o wszelkich bólach i cieszyliśmy się naszym pierwszym w życiu pięciotysięcznikiem!!! Uczciliśmy go należycie – kawą i ciastkiem w jednej z kawiarni w Dingboche. Myśleliśmy, że tak jak w Namche Bazar uda się skorzystać z darmowego wifi. Okazało się, że jedyny sposób na kontakt ze światem to karta dzięki której możesz zalogować się do wifi dostępnego w kawiarni. 200MB kosztowało 600R. Ciężko było stwierdzić na co wystarczy takie 200MB, ale postanowiliśmy zaryzykować. Karty użyliśmy jedynie do wysłania kilku wiadomości i chyba nawet do końca trekkingu nie wykorzystaliśmy limitu. W drodze do loggy niespodziewanie spotkaliśmy Olę z Piotrkiem. Okazało się, że przełęcz Kong Ma La była niebezpieczna do przejścia i postanowili zrezygnować z tamtej trasy. Dotarli za to do Chukung, gdzie stoi tybetański czorten, na którym umieszczono tablicę upamiętniającą trzech Polaków, którzy zginęli na południowej ścianie Lhotse: Jerzego Kukuczkę, Rafała Chołdę i Czesława Jakiela. Strasznie żałujemy, że nie doczytaliśmy, że byliśmy tak blisko tego miejsca. Trudno – będzie kiedyś po co wracać. dzień 10( Dingboche (4410mnpm) – Lobuche (4940mnpm) trasa: 4:53h, 10,54km Z dnia na dzień coraz sprawniej ogarnialiśmy się o poranku. Pobudka jeszcze przed budzikiem, pakowanie plecaka, uzdatnianie wody w bukłakach i butelkach, szybka toaleta, śniadanie i o 7:00 jesteśmy na szlaku. Dingboche żegnało nas całe we mgle. Wędrówka mijała nam przyjemnie. Widać, że wczorajsza aklimatyzacja nie poszła na marne, gdyż obydwoje byliśmy w dużo lepszej formie. W Thukli zrobiliśmy sobie odpoczynek i napawaliśmy się pełnym słońcem i widokami, które nas otaczały. Kawałek dalej dotarliśmy do miejsca upamiętniającego wspinaczy, którzy zginęli w drodze na Everest lub inne szczyty w okolicy. Miejsce zadumy otoczone najwyższymi górami świata. Ciągle pnąc się do góry, około południa dotarliśmy do Lobuche. Przed wejściem do wioski, zgodnie z tym co wcześniej czytaliśmy na blogach, stała budka, gdzie pobierano opłatę za wejście – 500R od pokoju. Na szczęście Piotrek znalazł loggię, gdzie wystarczyło pokazać karteczkę z potwierdzeniem zapłaty w budce i dodatkowa opłata za pokój nie była już pobierana. W ramach popołudniowego spaceru wdrapaliśmy się na pobliski pagórek, a naszym oczom pokazał się lodowiec Khumbu w całej okazałości. To właśnie przez niego trzeba się przedostać idąc z przełęczy Kong Ma La do Lobuche. Niesamowite wrażenie – coś jak ogromna płynąca rzeka głazów i kamieni. Ludzie, których wypatrzyliśmy podczas przechodzenia przez lodowiec byli zupełnie maleńcy. Genialnym widokom wtórował smak suszonych truskawek! (Ola, Piotrek dzięki 😀 było pysznie! ) Temperatury z dnia na dzień były coraz niższe, i w dzień i w nocy. W ciągu dnia ubieraliśmy już dłuższe rękawy, czapki, buffy, a w nocy jeszcze szybciej wskakiwaliśmy do ciepłych śpiworów i magazynowaliśmy w nich również ciuchy na kolejny dzień, aby też miały szansę się ogrzać. Każdy z nas inaczej reagował na wysokość na której się znajdowaliśmy. Generalnie Michał wraz z wysokością tracił apetyt i miał problemy żołądkowe, a ja coraz mniej i gorzej spałam. dzień 11( Lobuche (4940mnpm) – Gorak Shep (5170mnpm) – Everest Base Camp (5364mnpm) – Gorak Shep (5170mnpm) trasa: 6:55h, 13,10km Wędrujemy wyżej i wyżej. Dzisiaj przekroczymy 5000 mnpm. Z Lobuche do Gorakshep szlak mocno zatłoczony. Grupa za grupą, krok za krokiem, i tak góra, dół. Widoki wokoło cudowne, u Michała trochę mało energii, ale wszyscy w komplecie docieramy do najwyżej położonej wioski – Gorakshep. Przy pierwszym podejściu dowiadujemy się, że nie ma wolnego pokoju. Chwilę później okazuje się jednak, że jest jeden 3 os pokój i możemy spać tam we czwórkę. Druga część dnia to przyjemna wycieczka na lekko do Everest Base Camp. Fajnie znaleźć się w miejscu z którego wyruszają wyprawy na Everest, ale Base Camp o tej porze roku to po prostu pusta przestrzeń, gdyż sezon wyprawowy przypada na wiosnę (wyprawy letnie) oraz późną jesień i zimę (wyprawy zimowe). W pozostałych miesiącach – wliczając w to październik, pozostaje wyobraźnia i tabliczka z napisem EVEREST BASE CAMP 2017. Każdy chce sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie, więc na swoją kolej trzeba trochę poczekać. My trafiliśmy na grupę, która okupowała tabliczkę przez dobre pół godziny, robiąc sobie całą tonę zdjęć w każdej możliwej pozycji i konfiguracji. Czekając w kolejce zdążyliśmy zjeść nawet pyszny lunch – wszystko dzięki Oli i Piotrkowi, którzy dzielnie nosili ze sobą palnik i butle z gazem. (Ania- zestaw ratunkowy Lyo Food pierwsza klasa – dzięki! 🙂 Po powrocie do Gorakshep, resztę dnia wykorzystaliśmy na odpoczynek, uzupełnienie notatek, a nawet trochę lektury. Jedynie Piotrek w pełni sił postanowił, że wybierze się jeszcze na Kala Pattar, który miał być naszym celem jutrzejszego poranka. Po kolacji spakowaliśmy małe plecaki i przygotowaliśmy wszystko tak, żeby rano jak najszybciej zebrać się do wyjścia. dzień 12 ( Gorak Shep (5170mnpm) – Kala Pattar (5643mnpm) – Gorak Shep (5170mnpm) – Dzongla (4840mnpm) 3:10h, 5,14km (GorakShep-Kala Pattar-GorakShep)+ 4:59h, 18,64km Wstaliśmy zgodnie z planem o 5:00. Ubraliśmy się ciepło, zjedliśmy energetycznego batona i 5:20 ruszyliśmy na atak szczytowy. Nasz cel to wschód słońca w najwyższym punkcie naszego trekkingu (i w życiu! ) – na Kala Pattar (5643mnpm) z widokiem na Mount Everest. Wychodziliśmy w całkowitej ciemności przy świetle czołówek. Przed nami na szlaku było już widać małe świecące punkciki. To Ci, którzy wyruszyli jeszcze wcześniej niż my. Podejście niby niepozorne, ale na tej wysokości z trudem stawiało się kolejne kroki. Dla mnie strasznie uciążliwe były marznące stopy i dłonie. Po dwóch godzinach walki z własnymi słabościami dotarliśmy na szczyt. W około roztaczał się cudowny widok i zmęczenie szybko zamieniło się w uśmiech od ucha do ucha i radość, że jesteśmy na szczycie! Wschodzące słońce przyjemnie rozgrzewało, a my napawaliśmy się najwyższymi górami świata. Jedynym minusem okazał się fakt, że słońce wschodzi tuż za Everestem, co uniemożliwia zrobienie mu fajnego zdjęcia. Polecamy zatem raczej zachód niż wschód słońca na Kalla Pattar- oczywiście przy sprzyjającej pogodzie. Na szczycie pozostawiliśmy polski akcent – Polska flaga zatrzepotała pomiędzy kolorowymi chorągiewkami modlitewnymi. Ok 9 byliśmy już spowrotem w loggy. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy duże plecaki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Znaną już trasą dotarliśmy do Lobuche, a potem odbiliśmy na szlak do Dzongli, która była dzisiejszym celem. Odcinek pomiędzy Lobuche, a Dzonglą totalnie nas zachwycił. Genialne widoki, pusty szlak, piękna pogoda- czego chcieć więcej? 🙂 Ale jak to z himalajską pogodą bywa do Dzongli dotarliśmy już w całkowitej mgle. W loggy w której się zatrzymaliśmy spotkaliśmy kolejną polską parę- Anię i Grześka (pozdrawiamy!!!). Wspólnie spędziliśmy wieczór na górskich opowieściach. Kolejnego dnia czekało nas przejście przełęczy Cho La (5420mnpm). Informacje jakie mieliśmy o tej przełęczy pozostawiały w nas pewną dozę niepewności. Słyszeliśmy, że dosyć łatwo się zgubić, a do tego należy uważać na ewentualne spadające kamienie (gdy słonce zacznie roztapiać lód na przełęczy). Jeden z przewodników polecał nam nawet pójście z jego grupą (jeśli ludzie wyrażą zgodę) za drobną opłatą. Pogoda zapowiadała się w porządku, mieliśmy ze sobą aplikację i zadecydowaliśmy, że ruszymy sami z samego rana. Jeśli zaszła by taka potrzeba i stwierdzimy, że nie wiemy gdzie iść, skorzystamy z sezonu turystycznego i zaczekamy po prostu na jakąś większą grupę, która będzie szła w tym samym kierunku i podążymy za nimi. dzień 13( Dzongla (4840mnpm) -Cho La Pass (5420mnpm) -Dragnak (4700mnpm) trasa: 7:19h, 12,52km Pobudka 4:45, szybkie dopakowanie plecaków i o 5 byliśmy już w pokoju wspólnym. Śniadanie zamówiliśmy na 5:00, ale najpierw obsłużona została zorganizowana grupa, która nocowała w tej samej loggy, a dopiero potem my. Standardowo zjedliśmy coś pożywnego: ryż, ziemniaki z jajkami, zabraliśmy plecaki i naszą czwórką ruszyliśmy jako pierwsi na szlak. Pogoda dopisywała, aplikacja całkiem nieźle sprawdzała się przy wskazywaniu odpowiedniej drogi, a trasa nie była tak ciężka jak się spodziewaliśmy. Najpierw trzeba było się trochę powspinać, potem przyszedł czas na śnieg i przejście fragmentu lodowca, a na koniec podejście na samą przełęcz. Nie było możliwości zgubienia drogi, gdyż spokojnie można było w razie czego iść za innymi turystami. Na przełęczy chwila odpoczynku i pamiątkowe fotki, a potem w dalszą drogę, gdyż mieliśmy jej dzisiaj jeszcze całkiem sporo przed sobą. Zejście z przełęczy było mega strome, ale szło się przyjemnie. Widoki cudne, a my góra, dół, góra, dół doczłapaliśmy sobie do Dragnak, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Szybko znaleźliśmy loggię, a że było słonecznie i w miarę ciepło to zaliczyliśmy też mycie i pranie w pobliskiej rzece. Woda zimna, ale udało się nawet umyć włosy. Z szaleństw kulinarnych tego wieczoru zaserwowaliśmy sobie pizzę na cieście chapatti – świetna odmiana, ale dal bhatem zdecydowanie lepiej można było sobie pojeść. dzień 14( Dragnak (4700mnpm) – Gokyo (4750mnpm) – Gokyo Ri (5357mnpm) – Gokyo (4750mnpm) trasa: 2:21h, 4,47km + 3:29h, 3,13km (Gokyo-Gokyo Ri-Gokyo) Pobudkę ustaliliśmy na 6:00, a o 7:00 mieliśmy zamówione śniadanie. Niestety kolejny raz okazało się, że jako indywidualni turyści niewiele znaczymy dla właścicieli loggy, w porównaniu ze zorganizowanymi grupami. W kuchni widać było, że byli na sporym niedoczasie i ledwo udaje im się obsłużyć kolejne grupy, a co dopiero nas. O 8 skończyła nam się cierpliwość i poprosiliśmy o 4 kubki mleka i miseczki i powiedzieliśmy, że nie mamy czasu czekać i zjemy śniadanie ze swoim musli. Ok 8:30 udało nam się wyruszyć w drogę. Mięliśmy do przejścia lodowiec, a potem wdrapanie się na szczyt Gokyo Ri. Przejście lodowca okazało się prostsze niż myśleliśmy. Było męczące, ale ścieżka była dosyć dobrze widoczna przez całą trasę, a wokół roztaczały się bardzo ciekawe widoki. Nigdy wcześniej nie przechodziliśmy przez lodowiec, więc tym bardziej zachwycaliśmy się tym niecodziennym krajobrazem. Po przejściu lodowca dotarliśmy do Gokyo. Wioska jest prześlicznie położona nad jeziorem o absolutnie niesamowitym kolorze, u podnóża szczytu Gokyo Ri, który chcieliśmy jeszcze dziś zdobyć. Szybko wybraliśmy loggię na nocleg, zjedliśmy lunch, zostawiliśmy duże plecaki i ok 13:00, na lekko ruszyliśmy atakować szczyt. Wydawało się, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Już po kilku krokach, okazało się, jak bardzo się myliliśmy. Na tej wysokości każdy krok dawał się nam we znaki. Strome podejście, mało energii, zadyszka, a do tego zaczęły pojawiać się chmury i baliśmy się, że z widoczków, na które tak liczyliśmy będą nici. Na szczyt udało nam się dotrzeć po 2h i to resztką sił. Na szczęście chmury pozostały w dole i fantastyczne widoki rekompensowały trud. Najwyższe góry świata mieliśmy jak na dłoni… Coś niesamowitego! Schodziliśmy już całkowicie w chmurach, a byli tacy, którzy maszerowali na szczyt na zachód słońca. W sumie kto wie, może ponad chmurami, widoki nadal zachwycały. dzień 15( Gokyo (4750mnpm) – Dolina 7 jezior (w stronę Cho Oyu) (5100mnpm) – Gokyo (4750mnpm) trasa: 4:52h, 12,91km Nie bardzo podobała nam się loggia w której nocowaliśmy, więc zdecydowaliśmy, że kolejną noc spędzimy w innej. O 7:00 byliśmy spakowani i gotowi do wymarszu. Na szczęście właściciel nie robił problemów, zapłaciliśmy za to co zjedliśmy u niego i na śniadanie przenieślimy się do innej loggy, która wydawała się zdecydowanie sympatyczniejsza. Zresztą na śniadanie serwowali pancake’y, a na kolację burgery z jaka, które chcieliśmy skosztować, także nie było nad czym się zastanawiać. Nasze pokoje nie były jeszcze gotowe, więc plecaki zostawiliśmy w pokoju wspólnym i ruszyliśmy na wycieczkę. Trasa była bardzo przyjemna, ale ogólnie byliśmy już dosyć zmęczeni i nie tryskaliśmy energią. Dolina 7 jezior, którą wędrowaliśmy to bardzo urokliwe miejsce. Dotarliśmy do piątego jeziorka z widokiem na Everest i kolejny 8mio tysięcznik Cho Oyu. Był to dzień odpoczynkowy, a do tego bardzo wietrzny, więc nie wędrowaliśmy za daleko, raczej spacerkiem napawaliśmy się otaczającymi nas z każdej strony górami. Wieczór spędziliśmy na naszej zaplanowanej uczcie w pokoju wspólnym. Gwiazdą wieczoru były burgery z jaka z frytkami 🙂 Poznaliśmy również właściciela loggy, który jak się podczas rozmowy okazało był kiedyś w Warszawie u przyjaciół, znał kilka słów po Polsku, a do tego wspinał się kiedyś z Darkiem Załuskim! Sielankowy dzień odpoczynku zakłócił nam ból zęba. Całe szczęście mięliśmy dobrze zaopatrzoną apteczkę, a kluczowy okazał się Ketonal. Wraz z wysokością npm Michałowi pojawił się mocny ból zęba i nie bardzo wiedzieliśmy co robić. Nasz plan wędrówki zakładał zejście z Gokyo w dół doliny aż do Namche. Ola z Piotrkiem mięli jeszcze po drodze dotrzeć na przełęcz Renjo La. Z jednej strony kusiło nas, żeby iść z nimi, z drugiej strony podobał nam się też nasz plan, a kolejną zagwozdką było samopoczucie. Mieliśmy zadecydować z samego rana. dzień 16( Gokyo (4750mnpm) – Machermo (4470mnpm) – Dohle (4038mnpm) trasa: 5:39h, 14,25km Niestety rano Misiek obudził się z bólem zęba, a ja głowy. Stwierdziliśmy, że w tej sytuacji przełęcz trzeba ominąć. Myśleliśmy nawet o poinformowaniu ubezpieczyciela o problemach z zębem i próbie powrotu helikopterem, ale Ketonal uśmierzał ból na 8 godzin, a że mięliśmy całkiem spory zapas, to postanowiliśmy ruszyć zgodnie z naszym pierwotnym planem w dół doliny Gokyo i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. Ola z Piotrkiem ruszyli na przełęcz i umówiliśmy się, że spotykamy się w Namche. Droga wiodła wzdłuż kolejnych jezior (Gokyo to jezioro nr 3). Niestety od rana dosyć mocno się chmurzyło i z upływem dnia było coraz zimniej i wietrzniej. Około południa zatrzymaliśmy się w Machermo na pierożki Momo i gorącą czekoladę. Sceneria dookoła kojarzyła się bardziej z Irlandią czy Szkocją niż z najwyższymi górami świata. Na szczęście wraz z wysokością zmniejszał się również ból zęba. Cały dzień wędrowaliśmy praktycznie sami, spotykając tylko pojedynczych wędrowców. Około 15 przechodziliśmy przez miejscowość Dohle, a jedna Pani wychylając się ze swojej loggy zapraszała na nocleg. Z chęcią skorzystaliśmy z zaproszenia i chwilę później siedzieliśmy już w ciepłym pokoju wspólnym przy herbatce, kartach i notatkach. Panowała bardzo przyjazna i wesoła atmosfera. Mi pierwszy raz od kilku dni udało się przespać całą noc, a kolejne dawki Ketonalu uśmierzały ból zęba Miśka. dzień 17( Dohle (4038mnpm) -Namche Bazar (3440mnpm) trasa: 6:29h, 12,69km Nie spodziewaliśmy się dzisiaj jakieś ciężkiej trasy, więc na śniadanie zamiast ziemniaków czy makaronu wybraliśmy coś bardziej śniadaniowego – musli i tosty francuskie. Jak się potem okazało, nie było tak całkiem łatwo i energii brakowało. Im bliżej Namche, tym wędrujących było coraz więcej, a momentami szlak był na prawdę mocno zatłoczony. Wchodząc do Namche spotkaliśmy dwójkę Polaków – jak się okazało jednym z nich był Ryszard Gajewski, który w 1984 r. jako pierwszy wraz z Maciejem Berbeką zdobyli Manaslu zimą. W Namche czuliśmy się trochę jak w domu. Do kawiarni Sherpa Barista wpadliśmy na kawkę i połączyliśmy się ze światem darmowym wifi. Ola z Piotrkiem po zdobyciu przełęczy Renjo La też już dotarli do Namche. Wspólnie spędziliśmy popołudnie i wieczór jedząc, szwendając się po miasteczku i jak zwykle grając w karty przy herbacie z mlekiem. Atmosfera w loggy w której już wcześniej nocowali Ola z Piotrkiem była bardzo przyjazna. Loggia składała się z kuchni, jednego dużego pokoju gdzie spaliśmy w czwórkę i jednego malutkiego, gdzie spała nepalska rodzinka. Apetyt wszystkim już dopisywał, więc najedliśmy się do syta, Miśka przestał boleć ząb, a ja w korkach w uszach, żeby nie słyszeć biegających na strychu myszy spałam jak dziecko 🙂 dzień 18( Namche Bazar (3440mnpm) – Modjo-Phakding (2610mnpm) trasa: 5:11h, 9,77km Poranek mieliśmy prawdziwie wakacyjny. Obudziliśmy się wyspani bez budzika, wylegiwaliśmy się w łóżku do 8, a w trasę ruszyliśmy bez pośpiechu dobrze po 9 🙂 Tutaj nasz treking w czwórkę się kończył – my schodziliśmy do Lukli, żeby zdążyć na samolot, a Ola z Piotrkiem mieli wolny dzień w Namche i dopiero później ruszali w dalszą drogę. Super, że udało nam się spotkać tak świetnych kompanów – Ola, Piotrek – dzięki za wspólny czas !!! Ola i Piotrek prowadzą bardzo fajnego bloga: gdzie możecie poczytać o ich niesamowitych, podróżniczych przygodach. Bardzo polecamy! Znaną trasą wędrowaliśmy do Modjo. Po drodze jednak gdzieś źle skręciliśmy i znaleźliśmy się na drodze, którą wędrowało bydło. Nie było łatwo, bo to my byliśmy tam intruzami, ale udało się trafic na most na rzece i dojść do Modjo. Pierwotnie mieliśmy tam nocować, ale zatrzymaliśmy się jedynie na lunch. I to nie byle jaki, bo największy i najsmaczniejszy na całym trekkingu! Do tego zjedliśmy go w pełnym słońcu, popijając piwko i zagryzając sałatką ze świeżych warzyw, wprost z ogódka od gospodarza. Po takich mini wakacjach w loggy Mountain View, z nową energią postanowiliśmy dojść do Phading. Na miejsce dotarliśmy ok 16 i zapytaliśmy o nocleg w loggy, w której kilka dni temu nie było wolnego miejsca. Teraz znalazł się wolny pokój i to jeszcze w wersji premium z gorącym prysznicem. Nie było to gorąco do którego jesteśmy przyzwyczajeni wchodząc pod prysznic we własnym domu, ale jak na tamtejsze standardy było na prawdę super! dzień 19( Phakding (2610mnpm)-Lukla (2860mnpm) trasa: 2:50h, 7,94km Na tej wysokości już nie dawały się we znaki żadne bóle, ani zadyszki. Z nową energią zaczynaliśmy kolejny dzień trekkingu. Było już zdecydowanie cieplej, i tak góra, dół, w krótkich rękawkach i ze słońcem przyjemnie mijało się kolejne wioski, gdzie mimo dużej ilości turystów spokojnie toczyło się tamtejsze, codzienne życie. To już nasz ostatni dzień wędrówki, więc staraliśmy się chłonąć wszystko co nas otacza. Po 2,5 godz marszu dotarliśmy do Lukli. W loggy Nest, w której chcieliśmy nocować nie było miejsc. Poszliśmy więc na lotnisko potwierdzić nasz lot kolejnego dnia zakupiony przez internet. Panowie w biurze firmy Yeti (Tara) zaproponowali, że możemy polecieć do Katmandu już dziś, za 2 godziny. Postanowiliśmy jednak, że zostaniemy jeszcze tą ostanią noc w górach i polecimy naszym lotem, kolejnego dnia. Nocleg znaleźliśmy w loggy tuż przy lotnisku, zostawiliśmy rzeczy i resztę popołudnia spędziliśmy uzupełniając kalorie i informacje ze świata. Zgodnie z wytycznymi na lotnisku, popołudniu udaliśmy się jeszcze do biura linii lotniczych w centrum wioski, aby zrobić check in. Powiedzieli, że lot mamy o 9 i żebyśmy o 8 byli na lotnisku. dzień 20( Lukla Już spakowani zeszliśmy na śniadanie o 6:30, a potem prosto na lotnisko. Nasz lot miał być o 9, ale woleliśmy być wcześniej i załapać się na jakiś odlatujący samolot jak najwcześniej. Odstaliśmy swoje przy okienku i udało nam się otrzymać boarding pass na lot nr 4. Oddaliśmy bagaże, potem przeszliśmy tamtejsze security (które niewiele ma wspólnego z kontrolami, które znamy z europejskich lotnisk) i czekaliśmy we wspólnej sali – przy tamtejszych gateach 🙂 Dopiero o 8:30 odleciał 1 samolot tego dnia – linii lotniczych Tara (czyli naszymi). Potem odleciały jeszcze 3 samoloty i przerwa. Nie było żadnych konkretnych informacji, kiedy odlecą kolejne. Wszyscy w nadziei czekaliśmy i tak aż do 15:00 kiedy obsługa lotniska powiedziała, że z powodu złej pogody nic już dziś nie odleci… Odebraliśmy bagaże, a panowie z obsługi wpisali nam na biletach godz. 10:30 dnia następnego (czyli jako ostatni lot w kolejce, po tych którzy mają planowany lot jutro). Zrezygnowani poszliśmy do loggy Nest zapytać o nocleg, tym razem był wolny pokój. Zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się do biura linii lotniczych spróbowac coś wskórać. Jedyne co się udało to zmienić opis na naszym bilecie z 10:30 na 9:30. Pierwszy raz w trakcie naszego pobytu w Himalajach spotkała nas ulewa. Nie pozostawało nic innego tylko wieczór przy herbatce z książką i stresem czy jutro coś odleci i czy zdążymy na samolot do Polski, który odlatywał pojurze… dzień 21( lot Lukla-Katmandu Pobudka 5:15, śniadanie 5:30 i na lotnisko. Okazało się, że ubiegła nas para z Francji, której też nie udało się wczoraj odlecieć. Udało im się dostać bilety na pierwszy lot. Potem dostaliśmy się do samego okienka, ale niestety Pan z linii lotniczych Tara zerknął i powiedział: ‚Not now”. Chwilę później na lotnisku pojawiła się grupa z Polski, której też nie udało się wczoraj odlecieć. No i tak staliśmy sobie przy okienku, my pierwi, oni za nami, a boarding passy dostawali inni: grupy, przewodnicy, własciciele pobliskich loggy dla swoich klientów… Czas mijał, a stres się zwiększał. Na szczeście wystaliśmy swoje i ok 8:00 znalazły się 2 bilety. W między czasie odleciały 4 samoloty linii lotniczych Tara, a my dostaliśmy bilety na czwarty samolot z kolejnej puli. Znowu siedzieliśmy w sali wspólnej i z duszą na ramieniu patrzyliśmy na pojawiające się chmury… Na szczęście historia zakończyła się happy endem i udało nam się odlecieć z Lukli, a Katmandu przywitało nas słońcem i ciepłem, którego było nam ostatnio trochę mało. Na lotnisku zgarnęliśmy taxi pre paid i pojechaliśmy do Maya Boutique Hotel. Na miejscu poczęstowali nas kawą, ale okazało się, że skoro wczoraj nie odebraliśmy swojej rezerwacji, to już niestety dziś nie mają dla nas pokoju. Pan z recepcji zaprowadził nas do innego hotelu nieopodal, gdzie wolny pokój się znalazł. Czasu na zwiedzanie Katmandu pozostało nam niewiele. Wzięliśmy jedynie długi prysznic i ruszyliśmy w miasto. Zgiełk, tłum ludzi, kurz i klaksony – tak w skrócie przedstawiało nam się miasto. Z aplikacją udało nam się dotrzeć w 2 miejsca. Najpierw na pysznego kebaba polecanego przez wszystkich na Trip Advisorze, a następnie do Monkey Temple. Po drodze napatoczył się jakiś pseudoprzewodnik, który akurat też „przypadkiem” szedł w tamtą stronę. Nie umięliśmy się go pozbyć, więc szedł z nami i gadał. Na szczęście trochę nas pooprowadzał, a potem udało się go dosyć szybko pożegnać. Świątynia znajduje się na wzgórzu, więc widoki na Katmandu robią wrażenie. Oprócz tego wszędzie panoszą się małpy, które są dodatkową atrakcją tego miejsca. Popołudnie spędziliśmy szwędając się ulicami Thamelu, kupując pamiątki. W hotelu zamówiliśmy lokalne wino i na tarasie na dachu, w spokoju zakończyliśmy ten pełen wrażeń, dosyć szalony i męczący dzień, a tym samym nasz ostatni wieczór w Nepalu. dzień 22( lot Katmandu-Doha Poranek minął bardzo szybko. Prysznic, śniadanie, taxi z hotelu na lotnisko, odprawy i lot z Katmandu do Doha. W Doha na lotnisku chcieliśmy załapać się na wycieczkę organizowaną przez linie lotnicze Quatar Airways. Ci, którzy mają przesiadkę w Doha i przebywają na lotnisku ponad 8h mogą wziąć udział w wyciecze autokarowej po stolicy Kataru. Już podczas wcześniejszego pobytu na lotnisku obczailiśmy sobie, gdzie jest punkt zapisu na wycieczki. Przy wysiadaniu z samolotu przyspieszyliśmy kroku i udało się – zmieściliśmy się w limicie osób. 3 godziny objazdówki po stolicy w klimatyzowanym autokarze. Polecamy jako świetną alternatywę do siedzenia na lotnisku i szwędania się tam i spowrotem 🙂 dzień 23( lot Doha-Warszawa, pociąg Warszawa-Kraków Godz. 00:45 boarding na lot do na to, że czas wracać do domu… Mamy nadzieję, że komuś udało się dotrzeć z nami do samego końca wyprawy w Himalaje. Pomimo, że sam trekking i cała wyprawa minęły nam bardzo szybko, to z notatek i wspomnień powstał ten całkiem długi wpis. Wierzymy, że będzie przydatny dla wszystkich, którzy planują swoją wyprawę w Himalaje, a może zainspiruje kogoś do przybicia piątki z Everestem? W osobnym wpisie zebraliśmy garść praktycznych rad: Trekking w Himalajach w praktyce i chętnie odpowiemy na wszystkie pytania w komentarzach. Do zobaczenia na szlaku! Poniżej nasze wspomnienia z trekkingu do Everest Base Camp w wersji video: